powrót

39 STOPNI

Nowy hit

"39 stopni" w reż. Jerzego Jana Połońskiego i Jarosława Stańka w Teatrze Powszechnym w Łodzi. Recenzja w portalu reymont.pl.

«To może być hit, który w repertuarze Powszechnego zdetronizuje Szalone nożyczki. "39 stopni" to równie szalona parodia powieści szpiegowskiej. Podobieństw jest zresztą więcej. Obie sztuki są zakupionymi w Anglii formatami teatralnymi, granymi na licencji londyńskich producentów. Polski reżyser (w przypadku "39 stopni" jest to para: Jarosław Staniek - Jerzy Jan Połoński) dostaje coś więcej niż tekst sztuki, dostaje sztukę z bardzo rozbudowanymi didaskaliami. Oczywiście sam musi poprowadzić aktorów i nadać sceniczny kształt naszkicowanym rozwiązaniom.

Na przykład w jednej z pierwszych scen bohater sprawdza przez okno, czy nie jest śledzony. Wtedy na scenie pojawia się dwóch mężczyzn z latarnią, którzy stoją pod domem tylko wtedy, gdy bohater wygląda przez okno. Inteligentne podejście do tej sceny polega na umiejętnym zaakcentowaniu umowności całej sytuacji. No i na odpowiedniej grze aktorów, którzy muszą w niesamowitym tempie wcielać się w dziesiątki postaci, a jednocześnie zachowywać do ich nonsensownych działań zdrowy dystans (być całyczas na granicy wyjścia z roli).

I trzeba przyznać, że robią to świetnie, zwlaszcza Andrzej Jakubas i znakomity w epizodzie wiecu stetryczałych szkockich polityków Mirosław Henke. Niewiele ustępują im Karolina Łukaszewicz i Artur Zawadzki.

O czym jest to przedstawienie? O ucieczce przed policją wplątanego przypadkiem w aferę szpiegowską angielskiego dandysa. Wypadki wciąż pchają go w nieprawdopodobne sytuacje, a także w objęcia pięknej nieznajomej. Zresztą nieważne - fabuła zaczerpnieta z filmu Hitchckocka opartego na powieści Johna Buchana nie jest tu najważniejsza. Autorzy wersji teatralnej - Simon Corble i Nobby Dimon nasycili ją filmowymi aluzjami i absurdalnym humorem, odsuwając na plan dalszy samą historię. To raczej zabawa konwencjami, czysty, zdrowy śmiech.

Jedyną wadą spektaklu jest dewaluacja komizmu w kolejnych scenach nieco przydlugiej części drugiej. Ciągłe zmiany sytuacji mogą w końcu zmęczyć...»

www.reymont.pl, 15-10-2009

Zabawa konwencjami

Teatr Powszechny postanowił zaskoczyć nieco swoich widzów realizując spektakl odmienny od pozostałych repertuarowych pozycji. "39 stopni" według książki Johna Buchana i filmu Alfreda Hitchcocka (niezapomniany obraz z 1935 r., tytuł oryginału - "The Thirty-Nine Steps") to przedstawienie, w którym twórcy postanowili zadrwić z gatunku, jakim jest kryminał oraz film szpiegowski i zaprosić widza do zabawy konwencjami. Było naprawdę zabawnie.

Fabuła to klasyczna intryga kryminalna: obywatel Kanady Richard Hannay (Artur Zawadzki), przybywa do Wielkiej Brytanii i zostaje wciągnięty w spisek. Mężczyzna zaprasza do domu poznaną w teatrze kobietę (Karolina Łukaszewicz), która zostaje zamordowana - konając w jego ramionach przekazując mu informacje na temat tajnej organizacji i światowego spisku. Podejrzany o dokonanie morderstwa młodzieniec musi uciekać - celem jego podróży jest Szkocja i zdobycie informacji na temat wspomnianej organizacji o nazwie „39 stopni”. Po drodze spotyka go szereg niesamowitych przygód: mężczyzna balansuje na dachu pociągu, ukrywa się na wrzosowiskach, zostaje postrzelony, przemawia na wiecu politycznym, poznaje atrakcyjną kobietę, z którą zostaje skuty kajdankami, ukrywa się w chacie wieśniaków… Tempo akcji jest naprawdę oszałamiające.

Jednak tym, co wyróżnia spektakl, jest fakt odegrania ponad 100 ról przez 4 aktorów, którzy z niesamowitą szybkością i wprawą przeistaczają się z jednej postaci w drugą. Salwy śmiechu wzbudza zagranie szczeliny skalnej przez leżącego na placach aktora z szeroko rozstawionymi nogami, czy też wodospad imitowany przez kawałek folii (w tej scenie twórcy oddali hołd jednemu z najsłynniejszych reżyserów w historii kina, słyszymy bowiem muzykę z kultowej sceny pod prysznicem - z „Psychozy” Hitchcocka) albo strumyk, czyli kawałek długiego niebieskiego materiału. Także pościg po pędzącym pociągu, kiedy bohaterowie chodzą po dachu pojazdu, czy zwisają z niego, angażuje naszą wyobraźnię, wszystko odbywa się bowiem w formie pantominy - odsuwanie drzwi przedziału, wychodzenie przez okno rozpędzonego pojazdu, czy skakanie po dachu. Ta sama zasada obowiązuje także w scenie, kiedy Richard po wyskoczeniu z jadącego pociągu zwisa z mostu. Umowność z jednej strony budzi zamierzony śmiech, z drugiej wciąga widza w grę, dzięki czemu publiczność bawi się znakomicie.

Niezwykłym zacięciem komediowym oraz umiejętnościami warsztatowymi wykazali się Mirosław Henke i Andrzej Jakubas, którzy odgrywali kolejne role z dużym zaangażowaniem. Tempo ich metamorfoz było niezwykłe, w jednym przedstawieniu zagrali niemal wszystko i wszystkich: krzaki, rozpadliny, strumienie, agentów ścigających Richarda, wieśniaków, stetryczałych uczestników wiecu politycznego, małżeństwo (profesora i jego żonę), policjantów… Ciekawe było także użycie we fragmentach spektaklu elementów teatru cieni - chodzi o scenę pościgu, kiedy Richard przeprawia się przez morze oraz kiedy samoloty namierzają ukrywającego się na wrzosowiskach bohatera. Poszczególne elementy scenografii również spełniały bardzo różne role - sama skrzynia raz była mównicą, kiedy indziej siedzeniem w pociągu, czy karoserią samochodu. Podobnie było w przypadku pozostałych elementów.

Teatr Powszechny odwiedzają przede wszystkim miłośnicy dobrych komedii (działające w teatrze Polskie Centrum Komedii jest organizatorem konkursu „Komediopisanie”, stara się tym samym dbać o rozwój twórczości komediowej), w związku z czym twórcy muszą zadbać o to, aby w repertuarze znalazły się sztuki różnorodne, choć zrealizowane w obrębie jednego tylko, komediowego gatunku. „39 stopni” jest spektaklem, który zadowoli także wielbicieli kryminałów lubiących szybką akcję, ucieczki, pościgi, tajemnice, wątki romansowe i szpiegowskie intrygi. Przedstawienie ma tak szybkie tempo, że nie ma czasu na nudę. Na dwie godziny można się oderwać od rzeczywistości i dać się wciągnąć w zwariowaną przygodę Richarda i jego prześladowców, którzy co rusz znikają zatopieni w angielskiej mgle.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Łódź
12 października 2009

"39 stopni", Teatr Powszechny w Łodzi, reżyseria: Jerzy Jan Połoński, Jarosław Staniek

Demokratyczny teatr purnonsensu

Zabawne, że wobec obrazoburczego angielskiego humoru często chcemy być bardziej purytańscy niż sami wyspiarze i gdy ci rozsmakowują się w purnonsensie - przewrażliwieni Polacy hajda biegną z egzorcystą, przeczuwając szarganie świętości.

Tymczasem pierwsza premiera w sezonie Teatru Powszechnego, "39 stopni" Patricka Barlowa, to na wskroś brytyjska komediowa adaptacja mrocznego dramatu, znanego z filmu Alfreda Hitchcocka. Wierna oryginałowi, w wielu miejscach wręcz parodiuje jego kryminalną fabułę.

Bohater sztuki, Richard Henney, to sztywniak, nudziarz i samotnik. Niesłusznie oskarżony o morderstwo, wplątany w szpiegowską aferę, ścigany przez policję i nieudolnych morderców, postara się dowieść swojej niewinności. Jednak "39 stopni" udowadnia przede wszystkim, jak różnorodnymi środkami scenicznymi może twórczo posługiwać się komedia. Każdy z obrazów, czy niby-skeczy, w które zamieniono fabułę, przynosi nowy sposób aranżowania teatralnej przestrzeni. Zdawkowa i umowna scenografia oddaje tymczasowość i nudę niepoukładanego życia Henneya. Gdy nabierze ono tempa, te same meble z pokoju, który wynajmował, zaczną wirować i pełnić w kolejnych scenach różne funkcje. Pomysłowości reżyserom, Jerzemu Połońskiemu i Jarosławowi Stańkowi, nie można odmówić: kabaretowe burzenie umowności scenicznego świata, brawurowo od strony ruchowej zagrana scena gonitwy w pociągu, odmładzanie farsowych konwencji etc. Największe brawa należą się jednak za użycie technik teatru cieni w scenie pieszego policyjnego pościgu od Brytanii, przez ojczyznę Hennneya Kanadę, po jezioro Loch Ness. Nawet jeśli są to echa animacji Monty Pythona i klownady Benny'ego Hilla, efekt jest przezabawny.

Tu chyba najbliżej "39 stopniom" do esencji purnonsensu, który w całym spektaklu ciut więdnie. Ostaje się głównie dowcip sytuacyjny, słownemu brakuje elegancji połączonej z nonszalancją; czasem ginie niezauważony lub bliżej mu do żartów rodem z "Hot Shots". Gdy Henney i Pamela stają dęba na widok "szczeliny" w skale, oko puszczone do publiczności przez aktora grającego ową "szczelinę", zmienia uroczo zapowiadającą się dosadną scenę w cyrkowy gag. Jedna, lecz przednia scena z nożem w plecach Annabelli, to za mało jak dla miłośników czarnego humoru. A przeplatanie tych samych pomysłów i technik sprawia, iż druga część "39 stopni" nie zaskakuje tak mocno, jak pierwsza. Można zastanowić się też nad obecnością i wpływem kilku scen na dynamikę ponad dwugodzinnego przedstawienia (stetryczali Szkoci to sztafaż raczej komedii klasy C).

Raz lepiej, raz gorzej, ale bez większych zarzutów spisali się aktorzy. Mirosław Henke, Andrzej Jakubas i Karolina Łukaszewicz, przyjmując na siebie po kilka, kilkanaście ról, zapełnili scenę galerią typów różnej maści. Także Artur Zawadzki wydaje się spełniać jako Henney. Dynamiczny i o uroku tak niepolskim, sprawnie bawi się konwencjami gry.

Powszechny przypomniał, że można uciec od diagnozowania narodowych przywar i prostymi trikami generować bezinteresowny śmiech. Efektem jest spektakl na tyle demokratyczny, że obok purnonsensu i parodystycznych nawiązań do klasyki kina ("Psychoza", "King Kong") dla wymagających, znajdzie tu też coś dla siebie widz mniej wybredny. Nie wiem, czy Hitchcock by się śmiał, lecz jeżeli "39 stopniami" Powszechny podnosi poprzeczkę, niech w sezonie nie nabije sobie o nią guza.

Łukasz Kaczyński
Polska Dziennik Łódzki
12 października 2009

"39 stopni", Teatr Powszechny w Łodzi, reżyseria: Jerzy Jan Połoński, Jarosław Staniek

powrót
do góry do góry | E-mail: jaroslawstaniek@jaroslawstaniek.pl

Wszelkie materiały na stronie pochodzą ze zbiorów prywatnych
i nie mogą być wykorzystywane komercyjnie. Kopiowanie
i rozpowszechnianie bez zgody autora zabronione.