powrót

 

Diabeł w Związku Radzieckim
Jolanta Kowalska - Portal - teatralny.pl

Mistrz i Małgorzata w reżyserii Wojciecha Kościelniaka przypomina luksusowy transatlantyk z kilkoma orkiestrami na pokładzie i szeroką gamą rozrywki, zdolnej zaspokoić każdy gust.

"Wrocławski Teatr Capitol ma wreszcie dach nad głową. Po latach tułaczki może wreszcie rozwinąć skrzydła we własnej siedzibie, która po przebudowie uległa olśniewającej transformacji – brzydki kopciuszek zamienił się w nowoczesny, wielofunkcyjny przybytek sztuki. Oczekiwano, że pierwszy spektakl na odnowionej scenie zademonstruje jej techniczne możliwości. Capitol spełnił te nadzieje z akuratnością prymusa. Przygotowany specjalnie na otwarcie Mistrz i Małgorzata w reżyserii Wojciecha Kościelniaka przypomina luksusowy transatlantyk z kilkoma orkiestrami na pokładzie i szeroką gamą rozrywki, zdolnej zaspokoić każdy gust.

Ale to również premiera nostalgiczna. Przed jedenastoma laty realizacją Opery za trzy grosze Kościelniak zamykał na scenie przy ulicy Piłsudskiego epokę operetki i zaczynał pisać historię nowoczesnego teatru muzycznego. Od tamtej pory pokonał długą drogę. Dziś jest bodaj największym skarbem reżyserskim polskiego musicalu. Mistrz i Małgorzata wpisuje się w długi szereg jego adaptacji literackich, które pozwoliły teatrowi muzycznemu uwierzyć w to, że potrafi mówić własnym głosem, bez uciekania się do licencjonowanych hitów.

Wrocławski spektakl potwierdza, że Kościelniak jest już na swoim. Ma rozpoznawalny styl i imponującą biegłość w budowaniu widowiska. Zręcznie też umknął pułapkom, jakie czyhają na adaptatorów wielowątkowych narracji epickich – w capitolowym spektaklu niemal wzorcowo współpracują ze sobą wszystkie plany powieści. Kompozycji wprawdzie brak tej głębi perspektywicznej, jaką miała szkatułkowa narracja powieści Bułhakowa, w której rozwijane równolegle tematy łączyła dyskretna sieć powiązań i zależności, jednak mozaikę kolorowych obrazów trzyma w ryzach formalnych postać tajemniczej kobiety (Justyna Szafran), umieszczonej poza nawiasem akcji. To właściwie ona opowiada ten świat, opowiadając zarazem swoją własną historię. Jej prototypem jest bowiem żona Bułhakowa, Jelena. Wydany w Polsce zupełnie niedawno Dziennik Mistrza i Małgorzaty, pisany przez oboje małżonków, rzucił światło na klimat, w jakim rodziła się powieść, i na piekło ostatnich lat życia pisarza, zmagającego się z chorobą, samotnością i dotkliwymi konsekwencjami niełaski Stalina. Dzięki wprowadzeniu wątku autobiograficznego historia Mistrza i Małgorzaty zyskuje podwójną ekspozycję, będąc zarazem opowieścią o powstawaniu dzieła i jego odrzuceniu, o twórczości i zwątpieniu. I o miłości, która rozprasza mrok.

W spektaklu Kościelniaka – podobnie jak u Bułhakowa – nie istnieje manichejska dwoistość świata. Ta rama kompozycyjna narzuca pewien dystans. Oglądamy sekwencje barwnych obrazów jak baśń o stalinowskiej Moskwie, z której wyparował już lęk, pozostawiając aromat łagodnej nostalgii. Puste pudełko sceny wypełnia się mirażami: po ulicy suną tramwaje, skacowani literaci snują się po skwerach, poszukując ulgi dla wyschniętych gardeł, w budkach telefonicznych obywatele łączą się z milicją, by donieść o grzechach bliźnich i własnych przywidzeniach. Od czasu do czasu w pejzaż miejski wtaczają się monumentalne dekoracje Jerozolimy, gdzie od dwóch tysięcy lat Poncjusz Piłat rozstrzyga tę samą sprawę dziwnego wichrzyciela, imieniem Jeszua, który głosi, że wszyscy ludzie są dobrzy, a ziemska władza nie ma nad nimi mocy. W gęstniejący dramat, prowadzący nieuchronnie ku Golgocie, co rusz wdziera się zgiełk wielkomiejskich rozrywek, takich jak upojny wieczór w restauracji Gribojedowa, ekskluzywnej knajpie związku literatów z wykwintną kartą dań i pierwszorzędnym jazz bandem. Sceny zbiorowe są właściwie jednym wielkim popisem choreografa Jarosława Stańka, który potrafi budować ruchem efektowne, wieloplanowe obrazy. W scenie u Gribojedowa ta umiejętność eksploduje wielobarwną, tętniącą życiem feerią, w której, jak pod dotknięciem czarodziejskiej różdżki – wszystko zamienia się w taniec – począwszy od noży w ruchliwych dłoniach kucharzy, poprzez piruety kelnerów, dokonujących cudów zręczności w pląsach z tacami, aż po rozochoconą socjetę, podrygującą na krzesłach. A wszystko to unoszone falą niepoprawnych politycznie, synkopowych rytmów, podrasowanych głębokim, mięsistym wokalem Emose Uhunmwangho w roli solistki jazz bandu. Odpowiedzialny za muzykę Piotr Dziubek żongluje gatunkami, epokami i obszarami geograficznymi z wprawą zawodowego iluzjonisty. Rytmy zdyszanych slow foxów i fokstrotów przeplatają się z niespokojną, melizmatyczną melodią bliskiego wschodu. Czasem w intymnym dialogu akordeonu i skrzypiec nieoczekiwanie błyśnie piękno barokowej fugi, innym razem załka liryczną nutą piosenkowa fraza. Wszystko łatwo wpadające w ucho, eleganckie, glamour.

Przy takich atutach akcja to głupstwo, właściwie dodatek do rewii obrazów, dzielnie wspomaganej przez cuda scenicznej techniki. Chciałoby się, żeby ekstaza domu Gribojedowa nigdy się nie kończyła, a do sekwencji tańca Helli (Ewelina Porczyk-Adamczyk) – szykownej funkcjonariuszki piekieł, elektryzującej powłóczystą sylwetką i oczami pozbawionymi tęczówek – Staniek dorzucił jeszcze kilka figur. Ale jesteśmy u Kościelniaka, więc krwiste kawałki trzeba czasem przegryźć postną literaturą. Jest więc Mistrz, jego niechciane przez świat dzieło, miłość i ucieczka do domu wariatów, w którym rzeczywistość nagle normalnieje. W spektaklu wrocławskim ten bohater pojawia się rzadko, ale nie ma wątpliwości, że jest ośrodkiem scenicznej grawitacji – to wokół niego krążą inne figury i wątki, ku niemu też zmierza Małgorzata, pokonując różne kręgi bytu. Grający tę rolę Rafał Dziwisz ma to, co każdy charyzmatyczny artysta mieć powinien, piętno cierpienia na twarzy i niedającą się zrealizować idée fixe; oraz cienką skórę, nieodporną na krytyczne złośliwości. Stara się przy tym uwiarygodnić uczucia Małgorzaty, czyli być niebanalnym facetem, w którym od pierwszego wejrzenia zakochać się może niebanalna kobieta. Mistrz opowiada historię tej miłości w długim monologu, który jest intrygującą formą retoryczno-muzyczną – trochę melorecytacją, a trochę transowym parlando, płynącym z nurtem rytmicznej, jakby zapętlonej w powtarzalnej sekwencji frazy muzycznej. Rzecz dzieje się w domu wariatów, czyli w izolatce, gdzie szaleństwa stalinowskiej Moskwy nie mają przystępu, co – jak się zdaje – jest jedyną okolicznością godzącą Mistrza ze światem. Na straży tego rezerwatu stoi doktor Strawiński (Konrad Imiela), który wcześniej był Piłatem. I to nie przypadek, wszak obie te postacie są w jakimś stopniu strażnikami standardów racjonalności swoich epok. W czasach Piłata nie mieścił się w nich Jeszua Ha Nocri, kwestionujący zasadność cesarskiej władzy, a w radzieckiej Moskwie – ktoś, kto uwierzył w istnienie diabła.

Spektakl w Capitolu godzi jakość komercyjną i artystyczną: można się na nim nieźle bawić i porozmyślać. Oczywiście w granicach rozsądku, w końcu to musical.Tutaj sprawy się nieco komplikują, bo w spektaklu Kościelniaka – podobnie jak u Bułhakowa – nie istnieje manichejska dwoistość świata. Jeszua i Woland są sobie w jakiś sposób bliscy. Ba, w całej Moskwie nie ma żarliwszego wyznawcy wiary w Boga niż diabeł. Woland Tomasza Wysockiego jest w gruncie rzeczy przyzwoitym gościem, trochę melancholijnym i trochę znużonym prostactwem urzędowego ateizmu w państwie radzieckim, co widać wyraźnie w scenie filozoficznej dysputy z literackim aparatczykiem Berliozem. Można powiedzieć więcej, Woland czuje się w Moskwie źle. W systemie, który uczynił piekło na ziemi, szatan nie ma nic do roboty, jest wydziedziczony z całej swej diabelskości. Ów system bezczelnie go detronizuje, odsyłając wraz z Jeszuą do gabloty w muzeum historii ateizmu. To oczywiście sytuacja nie do przyjęcia, więc Woland mozolnie bierze się do odbudowy swego królestwa, wybijając w topornej fasadzie radzieckiej racjonalności szczeliny metafizyczne. I oto zaczynają się spełniać makabryczne proroctwa, ścięte głowy lecą pod koła tramwaju, inne – wracają na ogołocone karki. Piekło rozwija swój magiczny powab, mącąc w mózgach mężczyzn i rozbudzając w wyposzczonych proletariacką szarzyzną kobietach konsumpcyjne szaleństwo. Mami iluzjonistycznymi sztuczkami i deszczem banknotów, spadających z sufitu na bywalców teatrzyku Variétés. W tej scenie spektakl przekracza granicę rampy i wylewa się na widownię. Publiczność odkrywa ze zdziwieniem, że ma wśród sąsiadów aktorów, wykrzykujących głośne komentarze. Wykwintna sala nowego Capitolu przeobraża się w hałaśliwą widownię Variétés, gdzie trwa właśnie seans magii. W tym pokazie rozwija skrzydła cała świta Wolanda. Uwodzi knajackim wdziękiem Korowiow Błażeja Wójcika i Behemot Mikołaja Woubisheta, przyozdobiony puszystym kocim ogonem. Widać tu bardziej niż gdzie indziej, że królestwo Wolanda jest z teatralnego świata. To nie romantyczny buntownik o byronicznych rysach, nie Faust, i nie prometejski Lucyfer z genezyjskich wizji Słowackiego, raczej kontestujący artysta, który ma swoje środki, by przewrócić świat do góry nogami. A ponieważ akurat świat tego rozpaczliwie potrzebuje, metafizyczna dywersja Wolanda odnosi sukcesy, krok po kroku demontując istniejący porządek. Prostuje ścieżki, karze niedowiarków, uzdrawia grzeszników. Dochodzi do efektownych metamorfoz. Taką przemianę przeżywa proletariacki poeta Iwan Bezdomny po spotkaniu z Wolandem, które zrujnowało jego marksistowski światopogląd. Mariusz Kiljan przeprowadził swego bohatera brawurowo od nieruchawej, nieco zamroczonej alkoholem tępoty do strzelistej iluminacji, pod wpływem której bełkotliwy mruk staje się jurodiwym szaleńcem, a w finale nawet subtelnym intelektualistą.

Spektakl w Capitolu godzi jakość komercyjną i artystyczną: można się na nim nieźle bawić i porozmyślać. Oczywiście w granicach rozsądku, w końcu to musical. Nie ulega wątpliwości, że triumwirat Kościelniak-Dziubek-Staniek to ekipa, która rozdaje dziś karty w swojej branży. Mistrz i Małgorzata jest dziełem dojrzałych talentów całej trójki. Jeśli czegoś mu brakowało, to spójności formy, którą miewały inne przedstawienia Kościelniaka. Spektakl w Capitolu nie ma skrystalizowanej poetyki ani wyraźnej myśli estetycznej, porządkującej całość. Jest zbiorem świetnych scen, poddanych żelaznej dyscyplinie dramaturgicznej, ale ten zbiór nie przemawia spójnym językiem. To nawet trochę dziwi, bo akurat Kościelniak jak mało kto potrafi ustanawiać konwencję na scenie. Podobne zastrzeżenie można zgłosić do Piotra Dziubka, który zbudował wielką formę muzyczną o luźnej konstrukcji suity. Jak zawsze u tego kompozytora mamy ciekawe zestawienia instrumentów i błyskotliwe aranżacje, ale w całości jakby brak klarownej myśli. Trochę szkoda.

 

Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu

Michaił Bułhakow

Mistrz i Małgorzata

przekład, adaptacja i reżyseria: Wojciech Kościelniak

teksty piosenek: Rafał Dziwisz

scenografia: Damian Styrna

kostiumy: Bożena Ślaga

muzyka: Piotr Dziubek

obsada: Justyna Szafran, Tomasz Wysocki (gościnnie), Rafał Dziwisz (gościnnie), Magdalena Wojnarowska / Justyna Antoniak, Mariusz Kiljan (gościnnie) / Michał Szymański (gościnnie), Błażej Wójcik, Mikołaj Woubishet, Konrad Imiela, Cezary Studniak, Bartosz Picher, Andrzej Gałła, Łukasz Wójcik, Ewelina Adamska-Porczyk, Agnieszka Oryńska-Lesicka, Bogna Woźniak-Joostberens, Tomasz Sztonyk, Tomasz Leszczyński, Elżbieta Kłosińska, Maciej Maciejewski

premiera: 28.09.2013

14-10-2013

To najpiękniejsze życie, o którym marzyliśmy

 

"Mistrz i Małgorzata" w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Pisze Małgorzata Matuszewska w Polsce Gazecie Wrocławskiej.

«Świetna, różnorodna muzyka Piotra Dziubka, mądre i pełne wielu treści piosenki Rafała Dziwisza, znakomici tancerze. Zalet musicalu "Mistrz i Małgorzata" na podstawie powieści wszech czasów Michaiła Bułhakowa, w adaptacji i reżyserii Wojciecha Kościelniaka, otwierającego wystawnie wrocławski Teatr Muzyczny Capitol po wielkiej przebudowie, nie sposób wyliczyć.

Brawa należą się też Konradowi Imieli, wszak dyrektor Capitolu podołał arcytrudnemu zadaniu. W sobotę wieczorem uroczyście otwierał teatr, wręczając kilkanaście dyplomów "Złoty kawałek Capitolu" ludziom zaangażowanym w przebudowę, otwierając aż trzy wystawy plastyczne przygotowane na inaugurację działalności, sypał anegdotkami z dziejów przebudowy (m.in. opowiedział o swoim pościgu na placu budowy za ministrem Zdrojewskim, "znikającym punktem", fotografującym prace). Za chwilę musiał przebrać się w kostium i wykreował Piłata dobrego (tak przecież określał go Jeszua), zagubionego i z powodu jednego życiowego wyboru nieszczęśliwego na wieczność.

Konrad Imiela był także rzeczowym psychiatrą Doktorem Strawińskim.

Scenografia Damiana Styrny jest ciekawa, ale nie przesłania bohaterów na scenie. Brawo za ławeczkę na Patriarszych Prudach - właśnie tak można ją sobie wyobrazić.

Musical z definicji pozbawiony jest tyrad. "Mistrz i Małgorzata" ma kilka świetnych dramatycznych, dialogowych scen. Zwłaszcza ostatnią, w której bohaterowie siedzą przy stole i rozważają rzeczywistość, a świat za nimi wiruje niczym kosmos.

Wojciech Kościelniak wprowadził do spektaklu tajemniczą postać, której w powieści nie ma. Kobieta - Justyna Szafran w skromnej czerni jest narratorką i bystrą obserwatorką. W jej postaci można domyśleć się Jeleny Bułhakowowej, żony Bułhakowa, cierpiącej razem z mężem. Serce się ściska, kiedy mówi: "Mimo wszystko było to najpiękniejsze życie, jakie można było sobie wymarzyć". To także dzięki Kobiecie wrocławski "Mistrz..." nie traci filozoficznej warstwy.

Wielkie muzyczne sceny są niezapomniane. Najlepsze są te w restauracji u Gribojedowa, barwne, ze świetną choreografią i występem jazz bandu, z cudną Emose Uhunmwangho (Jazz-Murzynka). Można zgłodnieć, słuchając wyliczanki potraw i świetnej piosenki ("w Gribojedowie jest restauracja, ta restauracja to rewelacja"). Magię variete, kiedy to nad widownią unoszą się "czerwońce", jeden z bohaterów traci na chwilę głowę z miejsca na nią przeznaczonego, trudno byłoby pokazać bez nowoczesnych zabawek, ale spektakl nie jest nimi przeładowany.»

 

"To najpiękniejsze życie, o którym marzyliśmy -
          recenzja "Mistrza i Małgorzaty" w Capitolu"

Małgorzata Matuszewska

Polska Gazeta Wrocławska online

Link do źródła

30-09-2013

Rozmach i magia

 

"Mistrz i Małgorzata" w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Pisze Grzegorz Chojnowski na swoim blogu.

W Warszawie przy ul. Ptasiej, w centrum, choć nie na centralnym stołecznym świeczniku, jeszcze dwa tygodnie temu stał bilbord reklamujący wrocławskie przedstawienie: MISTRZA I MAŁGORZATĘ, ostatnią premierę Teatru Muzycznego Capitol. Bilbord znajduje się tuż obok warszawskiego Teatru Capitol, co oznacza i charakterystyczną dla dolnośląskiej sceny przekorność, i dużo poważniejszy może zamiar kulturalnej ekspansji lub przynajmniej zakusy eksportowe. Trzeba przyznać, że Capitol z Wrocławia to dziś teatr zauważany nie tylko wśród niewielu muzycznych scen w kraju. W ciągu ostatniej dekady, od dyrekcji Wojciecha Kościelniaka, który - nie bez kłopotów i przeciwności - zerwał z operetkowym repertuarem i zdecydował o powrocie do breslauerskiej nazwy, nastąpiła przy Piłsudskiego zmiana totalna. Pojawili się w zespole nowi aktorzy, a także specjaliści od choreografii, muzyki, scenografii, kostiumów i tak dalej. Co Kościelniak zaczął, przedkładając po kilku latach wolność artysty-reżysera nad kierat dyrektora, kontynuuje Konrad Imiela, dzisiejszy szef. Zresztą mówienie o kontynuacji to zdecydowanie za mało. To Imiela rozdaje teraz karty, wymyślając kierunki rozwoju Capitolu, dobierając realizatorów do konsekwentnej linii programowej. A że ciągle pracuje tu - z sukcesem - Kościelniak tylko wzmacnia pozycję wrocławskiej sceny, o której bardzo dobrze mówi się również w środowisku krytyków od tzw. dramatu. Capitol udowadnia, że podziały na teatr taki czy taki, nie mają sensu. To tutaj w końcu powstało jedno z najwybitniejszych przedstawień poprzedniego sezonu (JA, PIOTR RIVIERE...), ponad podziały mocno wyrastające. To właśnie tu publiczność w każdym wieku otrzymuje na wysokim poziomie utrzymywaną i rozrywkę, i refleksję. Jak w najnowszym spektaklu Kościelniaka, MISTRZU I MAŁGORZACIE, przygotowanym na nowe otwarcie gruntownie roz- i przebudowanego gmachu, a zwłaszcza głównej sceny.

Przede wszystkim to przedstawienie jasne, logicznie skonstruowane, sensownie prowadzące po legendarnej i kultowej opowieści Michaiła Bułhakowa. Są obydwa, tak istotne dla całości, plany: Jerozolima sprzed dwóch tysięcy lat, Moskwa sprzed lat kilkudziesięciu. Ukrzyżowanie Jezusa i wizyta Szatana w ateistycznym Związku Radzieckim. Obie siły sprawcze spotykają się w finale, tajemniczo zgodne i współpracujące ("Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro" - odpowiada Faustowi Mefisto w motcie książki nieszczęsnego mistrza Bułhakowa). Wojciech Kościelniak, jako autor adaptacji, a także tłumacz tekstu (brawo!), stara się być rosyjskiemu pisarzowi wierny, oferując widzom spektakl zbierający najważniejsze wątki powieści. Od siebie dodaje postać Narratorki-Kobiety (kolejna wymagająca i - cóż tu wiele gadać - znakomita rola Justyny Szafran), no i inscenizacyjną kopalnię pomysłów. W pierwszej części pustawy wydaje się jedynie występ trupy Wolanda w moskiewskim Variétés, zbyt kameralny, złożony z zaledwie paru trików, ale też nieźle działającego zabiegu wprowadzenia aktorów na widownię. Jednakże czy po imponującej choreograficzno-muzycznym rozmachem kilkunastominutowej zabawie w Gribojedowie jakakolwiek scena wytrzymałaby porównanie? Nie da się ukryć, iż początek ustawia całość ryzykownie, bo od absolutnie angażującej zmysły akcji, czemu nie może sprostać łagodniejsza pod tym względem druga odsłona widowiska, w której wprawdzie błyszczy, lecz nie porywa Bal u Wolanda. Przynajmniej podczas premiery, kiedy jednak nie każdy element się idealnie udał. Gdy Małgorzacie (czyli Justynie Antoniak) pada mikroport, siłą rzeczy na trzeciej nitce odbioru współodczuwający widz zaczyna się przejmować. Aktorka dała sobie radę - z pomocą koleżanek i kolegów - choć przecież musiała czuć piekielny dyskomfort, sztukując swoją partię. Zwłaszcza że orkiestra grała głośniej niż powinna i do publiczności częściowo nie dochodziły słowa piosenek śpiewanych do mikrofonu solo czy chóralnie. Niepotrzebnie się natomiast apriorycznie trochę obawiałem, czy Piotr Dziubek jest w stanie po serii już zrobionych z Kościelniakiem musicali zaskoczyć czymś kompozycyjnie. Otóż, jest i czyni to niesamowicie. Takiej różnorodności stylistycznej nie słyszeliśmy jeszcze w Capitolu. To była jazda od wschodnich rytmów przez barok, swing, be-bop, blues, po współczesność, jazda na wskroś autorska, momentami przebojowa (nr 1 to oczywiście suita w Gribojedowie).

Podoba się choreografia Jarosława Stańka (i pięknie wykonujący ją tancerze), nieprzesadzona a sprawiająca wrażenie bogatej scenografia (i wizualizacje) Damiana Styrny, znów umiejętnie oświetlona przez Bogumiła Palewicza. Nie zapominajmy też o kostiumach Barbary Ślagi, znaczącym aktorze widowiska. W obsadzie obok Justyny Szafran nie do pobicia okazuje się Mariusz Kiljan jako rozemocjonowany, prześmieszny i cudownie paradoksalny poeta Iwan Bezdomny. Zaskakująco żywo przebiega długi monolog Mistrza. Rafał Dziwisz (również autor wybornych tekstów piosenek) potrafi skupić uwagę publiczności, nawet tej dobrze znającej książkę Bułhakowa. Wolandem prawie doskonałym jest Tomasz Wysocki, prawie, bo jednak gdzieniegdzie zbyt przejaskrawionym. Pysznie wypadają w większych epizodach Berlioz-Andrzej Gałła i Natasza-Agnieszka Oryńska-Lesicka, wokalnie królują w solowych numerach Bogna Woźniak-Joostberens (Frieda) oraz, tradycyjnie, Emose Uhunmwangho (Jazz-Murzynka). Nie zawodzi Jeszua-Cezary Studniak i drużyna diabelska: zabawny Behemot-Mikołaj Woubishet, mroczny Korowiow-Błażej Wójcik, zwracająca uwagę głosem, ruchem i wyglądem Ewelina Adamska-Porczyk. Nie da się napisać o wszystkich (choć wszyscy składają się na sky-towerowski poziom wykonania), trzeba wspomnieć o Piłacie-Strawińskim Konrada Imieli, przekonującym zarówno wyraziście dramatycznie, jak i dyskretnie komicznie.

Czego mi więc zabrakło w tym trzygodzinnym, widowiskowym, barwnym, wykorzystującym nowe sceniczne możliwości przestrzenne i techniczne spektaklu? Zdaje się, że tego, co czasem unosi się nad wizualno-audialnymi atrakcjami w teatralnym powietrzu, a czasem się, z jakichś uchwytnych lub niepojętych powodów nie unosi. Myślcie sobie o magii, chemii czy czymś tam jeszcze. Tym razem powody są uchwytne, jak przypuszczam, więc dolegliwość nietrudna do zdiagnozowania i wyleczenia. Po kilku wieczorach iskra się zapali, jeśli w drugiej części artyści utrzymają napięcia sprzed antraktu (być może warto ją odrobinę skrócić), akustycy (i orkiestra) pomogą w percepcji piosenek (zwłaszcza tych dynamicznych i zespołowych), a sprzęt nie przeszkodzi żadnej z głównych postaci zaprezentować pełni, co również widza nie wytrąci z chwiejnego chwilami skupienia. Jednym słowem: drobiazgów.

 

"MISTRZ I MAŁGORZATA (Teatr Muzyczny Capitol)"

Grzegorz Chojnowski

www.chojnowski.blogspot.com

Link do źródła

30-09-2013

Majstersztyk ze znakomitymi aktorami

 

"Mistrz i Małgorzata" w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Pisze Magda Piekarska w Gazecie Wyborczej - Wrocław.

«"Mistrzowi i Małgorzacie" udało się olśnić publiczność z siłą porównywalną do efektu, jaki wywołał widok wnętrza Teatru Muzycznego Capitol po przebudowie. Spektakl to majstersztyk - ze świetną muzyką Piotra Dziubka, przejrzystą narracją i znakomitymi aktorskimi kreacjami

Po pokazie zostały mi dwa czerwońce - w Capitolowym teatrzyku Varietes nikt nie wzywał, jak u Bułhakowa, do zdawania waluty, więc trzymam je w portfelu. A choć i tak nigdzie nimi nie uda mi się zapłacić, to wciąż tam zaglądam, sprawdzając, czy aby nie zamieniły się w etykietki na wodę mineralną. Ale nie - wciąż świecą na nich głowy Lenina. Co wskazuje na to, że Wojciech Kościelniak nie bawi się z widownią tak okrutnie jak przyboczni Wolanda. A nie tylko do niej, także do bohaterów swojej opowieści ma czuły stosunek.

Idealny materiał

Powieść Bułhakowa jest idealnym materiałem dla teatru i nic dziwnego, że reżyserzy tak chętnie po nią sięgają - tylko w ostatnich trzech latach wystawiły ją na swoich scenach teatry w Elblągu, Poznaniu i Warszawie, a na jej podstawie powstały zarówno spektakle dramatyczne, jak i musical. Bo trudno w literaturze współczesnej o podobny materiał, łączący arsenał mamiących widza błyskotek z głębią przesłania.

Można z pomocą Bułhakowa mówić m.in. o rzeczywistości ZSRR lat 20. i 30., można opowiadać o wielkiej miłości, o świecie, z którego wyeksmitowano Boga, dowolnie szafując jego plenipotencjami, o literaturze i jej misji, a także o sytuacji artysty, odrzuconego przez wydawców i krytykę.

Wątek Mistrza najważniejszy

Wojciech Kościelniak w swojej opowieści dotyka tych wszystkich tematów, choć wydaje się, że wątek zakorzenienia w radzieckiej rzeczywistości nie jest tu pierwszoplanowy. Owszem, jesteśmy i na Patriarszych Prudach, i w mieszkaniu na Sadowej, odwiedzamy teatrzyk Varietes i restaurację Gribojedow, ale trudno nie zauważyć, że reżyser robi wszystko, żeby zuniwersalizować tę opowieść - bo przecież sowiecki reżim nie miał patentu na nadwrażliwych artystów, spalone rękopisy, mistrzów skrzywdzonych przez krytyków i odrzucone arcydzieła. A mimo że Mistrz pojawia się na scenie zaledwie dwukrotnie, to trudno uniknąć wrażenia, że to jego wątek jest tu najważniejszy.

Dwie Małgorzaty

Kościelniak jednak opowiada o bohaterze Bułhakowa z kobiecej perspektywy. W tej opowieści o Mistrzu i Małgorzacie Małgorzaty są dwie - postać literacka z powieści Bułhakowa (Justyna Antoniak) i jej pierwowzór, Jelena Siergiejewna Bułhakow (Justyna Szafran), która jej historię opowiada. Ta postać kobiety w czerni, narratorki spektaklu, długo jest dla widza tajemnicą. Zdradza się dopiero w połowie przedstawienia, kilkoma zdaniami, stanowiącymi bolesną wyrwę w narracji, w których dostajemy obraz postępującej choroby męża.

To fragmenty zaczerpnięte z wydanych na początku tego roku "Dzienników Mistrza i Małgorzaty". Kościelniak pozwala nam patrzeć na tekst Bułhakowa z perspektywy tego wyjątkowego świadka jego powstawania, pierwszego czytelnika. I próbuje tym samym zaczarować rzeczywistość.

W świecie, w którym arcypowieść Bułhakowa została już zaczytana do szczętu i przerobiona we wszystkie możliwe strony przez teatr, kino i telewizję, doprowadzić do sytuacji, w której zabrzmi na powrót świeżo, tak jakbyśmy ją słyszeli po raz pierwszy.

Hołd dla kompozytorów

Czy to się udaje? Do pewnego stopnia tak, chociaż publiczność nie będzie się tu zastanawiała, co za chwilę się wydarzy, raczej - jak to będzie zrobione. A jest zrobione doskonale, pod każdym względem. Muzyka Piotra Dziubka wychodzi od nawiązań do rosyjskiej muzycznej awangardy pierwszej połowy XX wieku, żeby sięgnąć do dzikiego ryku jazzbandu u Gribojedowa (mam nadzieję, że nie będzie nadużyciem, jeśli otwierającą spektakl uwerturę potraktuję jako rodzaj hołdu dla tych kompozytorów, którzy w dużym stopniu dzielili los Bułhakowa). Reżyserowi udało się dokonać takiego wyboru spośród licznych epizodów "Mistrza i Małgorzaty", że opowieść jest czytelna i przejrzysta nawet dla tych, którzy jakimś cudem jej nie znają. Ma wreszcie spektakl całą kolekcję interpretacyjnych perełek. Najwyżej na liście tych przebojów sytuuje się bez wątpienia Mariusz Kiljan w roli Iwana Bezdomnego - przede wszystkim za scenę uwięzienia w szpitalu psychiatrycznym, w której udaje mu się balansować na cienkiej krawędzi dzielącej komizm od tragedii tak skutecznie, że jego stan budzi zarówno śmiech, jak i prawdziwe wzruszenie.

Maksimum seksapilu

Woland występującego gościnnie w Capitolu Tomasza Wysockiego ma w sobie melancholijny urok szatana zmęczonego i jakoś bezsilnego wobec ludzkiej podłości. Mamią widzów swoimi sztuczkami i złodziejskim wdziękiem Korowiow Błażeja Wójcika i Behemot Mikołaja Woubisheta, wzruszają kobiety - Małgorzaty Justyny Szafran i Justyny Antoniak czy Frieda Bogny Woźniak-Joostberens. A kiedy na scenie pojawia się Hella Eweliny Adamskiej-Porczyk, udaje się jej przy zachowaniu zasady "minimum słów, maksimum seksapilu z piekła rodem" niepodzielnie zapanować nad widownią.

Wreszcie, jeśli chodzi o inscenizację, udało się twórcom "Mistrza i Małgorzaty" zachować umiar, który uchronił ich przed największą pułapką, jaka czyha na interpretatorów tej powieści, a która polega na jej zamianie w rewię błyskotek.

Umiar pozwala wybrzmieć

Kościelniak nie unika tych wszystkich uwodzących widza momentów - podziw budzą taneczne popisy kelnerów, kucharzy i literatów w Gribojedowie, iluzjonistyczne sztuczki ekipy Wolanda, sypiące się z sufitu czerwońce. Jednocześnie czyści przestrzeń z ozdobników - scenografia Damiana Styrny jest ograniczona do niezbędnych, często symbolicznych elementów, które pozwalają na moment wyczarować iluzję metropolii, nad którą frunie na miotle Małgorzata, tron dla Piłata czy salę balową u Wolanda. Podobnie jest z kostiumem, który w większości przypadków jedynie podkreśla cechy postaci (np. o całej kociej naturze Behemota mówi nam jego futrzasty ogon). Ten umiar pozwala wybrzmieć najistotniejszym kwestiom.

Żeni się wodę z ogniem

I jeżeli traktować to otwierające działalność na odbudowanej scenie przedstawienie jako jej artystyczne credo, można być spokojnym o przyszłość Capitolu. "Mistrz i Małgorzata" stapia w jedno rozmowę serio z widzem z olśniewającym wizualnie spektaklem, w sposób na tyle efektowny, że porywa widownię. Unieważniając przy tym sztywny i stereotypowy podział na sztukę lekką, łatwą i przyjemną, która powinna być domeną teatrów muzycznych i tę, poważną, jątrzącą, stawiającą niewygodne pytania w teatrach dramatycznych. Tutaj żeni się wodę z ogniem. Z bardzo dobrym efektem.

PS. Jedyne, co mogło przeszkadzać widzom premierowego pokazu, to przesterowany dźwięk, który - zwłaszcza w pierwszej połowie - sprawiał, że orkiestra zagłuszała śpiewających aktorów i tekst niektórych piosenek stawał się nieczytelny. Ponieważ dla wszystkich artystów był to debiut w tej nowej przestrzeni, której dopiero się uczą, pozostaje mieć nadzieję, że przy kolejnych pokazach będzie lepiej.»

 

"Mistrz i Małgorzata": majstersztyk ze znakomitymi aktorami

Magda Piekarska Gazeta Wyborcza - Wrocław online

Link do źródła

30-09-2013

 

powrót
do góry do góry | E-mail: jaroslawstaniek@jaroslawstaniek.pl

Wszelkie materiały na stronie pochodzą ze zbiorów prywatnych
i nie mogą być wykorzystywane komercyjnie. Kopiowanie
i rozpowszechnianie bez zgody autora zabronione.