powrót

 

"SPRAWA" w Teatrze Narodowym

Sąd nad naszym szaleństwem

Jest w "Sprawie" sporo ironii, choć to gorzka ironia, ale jest też - wydaje się - zachwyt artysty nad siłą poezji Słowackiego


Jerzy Jarocki, podążając za „Samuelem Zborowskim” Słowackiego – poematem pełnym porywających, często wieloznacznych i niezrozumiałych obrazów (i może właśnie przez swoją wieloznaczność, niczym przepowiednia, zdolnym porywać tłumy) – buduje przerażającą i zarazem fascynującą opowieść o polskim zbiorowym szaleństwie. Z wieszczem i jego wizjami, Szatanem jako patronem, promotorem i adwokatem Sprawy Polskiej (świetny Mariusz Bonaszewski), i Chrystusem, trupami Samuela Zborowskiego i kanclerza Jana Zamoyskiego, Piłsudskim, katastrofą smoleńską i Trybunałem Boskich Duchów w rolach głównych. Zaczyna się od somnambulicznych, dyktowanych przez duchy wizji Eoliona – w tej (genialnej!) roli ucharakteryzowana na wątłego, dziecięcego Słowackiego Dominika Kluźniak. Kolejna odsłona to rok 1927 i projekcja nagrań z celebry towarzyszącej pochówkowi prochów Słowackiego w krypcie królów na Wawelu, przy sprzeciwie duchownych i ze słynną mową Piłsudskiego zakończoną słowami: „bo królom był równy”. Scenę kończy huk spadającego samolotu i nawiązania do katastrofy smoleńskiej, wydarzenia, które na nowo ożywiło polską retorykę mesjanistyczną.

Ostatnia część dzieje się w „przestrzeni metafizycznej”, tu przed boskim trybunałem toczy się Sprawa – jednocześnie Sprawa Polska i proces wytoczony przed Bogiem przez Zborowskiego (Waldemar Kownacki) swojemu zabójcy, kanclerzowi Zamoyskiemu (Jerzy Radziwiłowicz). To spór dwóch wizji Polski, które przełożone na język dzisiejszy mogłyby symbolizować Polskę dawną i europeizującą się Polskę dzisiejszą. Proces kończą słowa Chrystusa: „Niech trupy same siebie sądzą,/Nie jestem Bogiem zmarłych – ale żywych”. Sprawa się przedawniła, ale ani Zborowski, ani kanclerz Zamoyski nie chcą tego przyjąć do wiadomości.

Jarocki, znany racjonalista, nie jest wobec polskiego szaleństwa szyderczy. Jest w „Sprawie” sporo ironii, choć to gorzka ironia, ale jest też – wydaje się – zachwyt artysty nad siłą poezji Słowackiego. Słowem, powstało dzieło na miarę teatru narodowego.

Aneta Kyzioł

Polityka

30 września 2011

"Sprawa" wg "Samuela Zborowskiego" Juliusza Słowackiego, scen. i reż.: Jerzy Jarocki, scenogr.: Andrzej Witkowski, muz.: Stanisław Radwan, choreogr.: Jarosław Staniek

 

 

 

Diablospolita - recenzja

Szatan z pomocą Polaków załatwia swoje prywatne porachunki z Panem Bogiem. A wy nie grzmicie?

To były dobre czasy dla teatru: w 1976 roku prymas Wyszyński rzucał ze Skałki gromy na "Apocalipsis cum figuris" Jerzego Grotowskiego, a inny biskup próbował przekonać władze, by zdjąć spektakl z afisza. Genialne widowisko o powrocie Chrystusa i jego odrzuceniu przez ludzi brane było za jakąś czarną mszę i bluźnierstwo. Dziś biskupi chyba z braku ambitniejszych wyzwań zajmują się deathmetalowym wokalistą, błaznem w czarnym makijażu, który w kiczowatym widowisku podarł na scenie Biblię, a teraz został jurorem w publicznej telewizji. Obawiam się, że bardziej subtelne profanacje już by biskupów nie zatroskały. Szkoda.

A tymczasem w Teatrze Narodowym - niech będzie, że to donos - odbyła się premiera spektaklu, w którym diabeł przy pomocy Polaków załatwia swoje prywatne sprawy z Panem Bogiem. Więcej: ten szatan dyktuje Polakom ich narodową tożsamość. A potem sobie znika, zaś Polacy tkwią na wieki wieków w zastawionej przez diabła pułapce. To jest dopiero czarna msza. Narodowa czarna msza. Do tego na Wawelu.

Dobierzcie się, o przewielebni, do tego przedstawienia! Bowiem najgorsze, co może mu się przydarzyć, to przeoczenie.

Faraon polski

"Sprawa" - tak się nazywa to widowisko. Na afiszu dwa nazwiska. Reżysera Jerzego Jarockiego, którego ponad 50-letnia obecność w polskim teatrze sprawia, że się do niej za bardzo przyzwyczailiśmy i niewiele nowego oczekujemy. Niesłusznie.

Obok nazwisko poety Juliusza Słowackiego, który traktował swoją polskość jak egzystencjalny eksperyment na samym sobie, ryzykowny, na granicy szaleństwa. Jego "Samuel Zborowski" - swoisty zapis jednego z takich eksperymentów - jest punktem wyjścia całej awantury. Na pewno nieprzypadkowo. Ten tekst ma w sobie jakąś ciemną energię. To przecież od niego Grotowski zaczął pracę nad spektaklem, który potem Wyszyński wyklinał na Skałce. Że go po drodze porzucił? Nie on jeden połamał sobie na nim zęby. Bo to diablo trudny dramat.

Rozgrywa się naraz w rzeczywistości i w snach. W niebie, piekle i na dnie oceanu. W starożytnym Egipcie i w jakiejś baśniowej Polsce. W momencie narodzin życia na Ziemi i w roku 1584, gdy pod jedną z wawelskich bram zostaje ścięty banita Samuel Zborowski.

Nic się w nim nie zgadza. Postaci wyrwane są z rożnych opowieści - od tragedii po farsę - i różnych epok. Do tego nie są w stanie przez dłuższą chwilę utrzymać własnej tożsamości. Młody książę jest jednocześnie Lucyferem i egipskim faraonem. Lucyfer, który już po chwili "odczepia się" od księcia i staje osobną postacią, co chwilę zmienia imiona. Kanclerz Jan Zamoyski włazi w ciało starego księcia. A potem wezwany przez Samuela Zborowskiego stawia się na proces. Salą sądową jest wszechświat. Sędzią - Chrystus. Adwokatem Samuela - Lucyfer.

Po co to wszystko?

(R)ewolucje

Chodzi o Polskę. O jej wyjątkową rolę w wielkiej epopei ducha zwanej historią. Ta epopeja ma swoją szczególną gramatykę. Jest nią męka i śmierć. Duch, który w dziejach dąży do osiągnięcia coraz większej samoświadomości, musi nieustannie porzucać formy, w które się wciela. A więc każdy jego krok ku doskonałości okupiony jest samozagładą. To znaczy ofiarą, na podobieństwo tej Chrystusowej.

Taką ofiarę z siebie muszą składać biologiczne gatunki, a czasem narody - wcielenia ducha. Bo ewolucja i historia to właściwie jeden nieskończony proces toczący się przez mękę i śmierć, aż czas tak czy inaczej się wypełni.

Pewnie brzmi nonsensownie, ale tak to właśnie widzieli romantycy. I łączyli idealizm z chrześcijaństwem, chrześcijaństwo z rewolucją, rewolucję z ewolucją, ewolucję z metaempsychozą, metempsychozę z poezją, poezję z poznaniem, a poznanie z wiarą.

A gdzie tu jest Polska? No właśnie. "Samuel Zborowski" jest próbą wpisania dziejów Polaków w tę wielką wszechświatową epopeję ducha. Ale nie da się tego zrobić ot tak, biorąc to, co Polacy opowiadają o swoich losach. Jeśli mają uświadomić sobie swoją rolę narodu wybranego, trzeba rozbudzić "wielkie duchowe moce" w nich drzemiące. Trzeba im opowiedzieć ich dzieje od nowa, przepisać historię w nowym duchu - przewartościować wszystkie narodowe wartości. A wtedy uświadomi sobie polski naród wybrany, że "po Chrystusie próbował być wyobrazicielem Słowa Bożego na ziemi". Bo Polacy to milion, ba, miliony nowych Chrystusów.

Słowacki jak w ekstazie pisał, do czego ten naród będzie zdolny, kiedy się wreszcie przebudzi: będzie "duchem wskrzeszać umarłych - ryby i chleby rozmnażać, czynem i męką uczyć narody - po śmierci według woli brać i porzucać ciało gwoździami przybite - pokazywać się w duchu i w ciele - lub niewidzialnie lać Ducha Świętego na ludów głowy i ramiona". Jak Chrystus.

Ale kto ma opowiedzieć Polakom tę ich nową, cudowną historię?

I tu zaczyna się problem. Bo tę historię opowiada im Lucyfer.

Współczucie dla diabła

Sympatyczny typ. Choć w swojej adaptacji Jerzy Jarocki daje publiczności wielkie monologi Lucyfera (w tej roli doskonały Mariusz Bonaszewski), w których opowiada, jak to w imię postępu ducha stawał się katem i ofiarą samego siebie, i tak budzi współczucie. Zwłaszcza w drugim akcie, kiedy gwałcony jest przez stado płetwiastych bóstw podwodnych. Zresztą przy akompaniamencie łomotu Behemota i Nergala (uwaga, hierarchowie!), który harczy nostalgiczno-satanistyczny wiersz "Lucyfer" Micińskiego, od którego zęby bolą. Nie z powodu interpretacji Nergala, ale młodopolskiej frazy, w której romantyczny heros stojący ponad dobrem i złem (kimś takim był i u Byrona, i u Słowackiego) zmienia się w niegroźne smęcidło:

Ja - otchłań tęcz - a płakałbym nad sobą

jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach -

jam błysk wulkanów - a w błotnych nizinach

idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą.

W pierwszym akcie jeszcze było z Lucyferem zabawniej, bo reżyser położył akcent na groteskowe interludia, w których gaworzy on sobie z zakonnikami - zwolennikami alkoholizmu raczej niż tomizmu.

Ale to tylko wstęp do "Sprawy". Albo dwuaktowa rozprawa o bezradności teatru wobec romantycznej wyobraźni i romantycznej myśli, która jedynie w grotesce może się wyrazić jako tako. Wolę tak patrzeć na początek przedstawienia, niż myśleć, że Jarockiemu po prostu coś nie wyszło.

Potem jest dużo ciekawiej: w dopisanych Słowackiemu przez reżysera scenach niespodziewanie lądujemy w roku 1927, kiedy to trumna z prochami autora "Króla Ducha" wędruje przez całą Polskę do krypty na Wawelu. Nawet parę lat wcześniej, gdy biskup krakowski nie chce Słowackiego tam wpuścić - i chyba wiedział, co robi. A jak już wpuścił, to zapowiedział, że Wawel zostanie zamknięty, więcej pochówków nie będzie. Ale diabeł nie pozwolił.

Kolejne lądowanie - w roku 2010. Słyszymy dźwięk silników wmieszany w burzę i ni to grzmot, ni to upadek. Chór kobiet rozstawia na scenie plastikowe znicze. Przed Wawelem gromadzi się tłum. Trwa msza. A za jego plecami pojawia się dwóch skonfliktowanych od wieków i na wieki wieków Polaków: Samuel Zborowski (Waldemar Kownacki) ze swoją głową pod pachą i kanclerz Jan Zamoyski (Jerzy Radziwiłowicz), który kazał go ściąć.

Ja, Adwokat

Co to za pomysł, żeby mieszać posmoleńską żałobę z procesem wytoczonym przez Samuela jego sądowemu zabójcy? Dość naturalny.

Nie wiem, czy nie nadmiernie wypłaszczam intencję Jarockiego, ale zdaje się, że chce nam powiedzieć, że trumny wciąż w Polsce rządzą. Że proces Jana i Samuela wcale się nie skończył. Że zderzające się w nim racje banity (w skrócie: anarchiczna "forma polska" ulepiona z liberum veto, pospolitego ruszenia i prawa do buntu przeciwko prawu) i kanclerza (prawo do egzekucji prawa) ciągle są polskimi nierozstrzygalnikami. I ciągle nie pozwalają wyjść poza horyzont wyznaczony przez symboliczny spór Jana i Samuela.

Ale zaraz. Przecież ani Jan, ani Samuel wcale nie mają jasności co do tego, o co toczy się ich spór. To ciągle ich prywatna sprawa, w której skazaniec żąda rewizji wyroku przed niebieskim sądem. Dopiero adwokat podniesie sprawę wyżej. Nada jej wymiar narodowy, ba, wszechświatowy. Wyjaśni, że Polska i Polacy mają do odegrania w dziejach misję szczególną. To oni mają być awangardą ostatniej wielkiej historycznej przemiany. To oni mają wprowadzić ludzkość do stolicy wolności. Jak trzeba, to drogę wytną szablami.

I w ten sposób nie pozwoli przy okazji, żeby proces kiedykolwiek się skończył.

Zresztą to nie Jarocki jest pierwszy w przenoszeniu konfliktu Jana i Samuela w nasze czasy. Zaczął Jarosław Marek Rymkiewicz i zaparł się w swoim "Samuelu Zborowskim": to ja jestem Adwokatem! Zmienił tylko trochę argumentację. Słowacki za wszelką cenę chciał dowieść, że Polacy mogą uczestniczyć w wielkim planie bożym, a zarazem pozostać wolnymi ludźmi. Rymkiewicz mówi: tak się nie da. Nie będzie żadnej krainy wiecznej wolności, postęp to złudzenie. Trzeba spojrzeć w twarz prawdzie: jedyne, co Polacy mają do zrobienia w historii, to trwać. I pielęgnować swoją wolność. Im bardziej dzika, nieograniczona ta wolność, tym Rymkiewiczowi bardziej się podoba.

Tak jak Słowacki Rymkiewicz uznaje rokosz wręcz za naczelną normę, fundament istnienia Rzeczypospolitej. Polski renesansowy humanizm to iluzja, państwo bez stosów - "bajki". "Polska szlachta była dzika i okrutna, ponieważ była to epoka, w której tylko tak właśnie można było żyć" - pisze Rymkiewicz i zdaje się, że w jego oczach niewiele się zmieniło od czasów Samuela. A przynajmniej niewiele powinno się zmienić. Polska wciąż powinna być dzika i okrutna, a im okrutniejsza, tym piękniejsza.

Przekonująca wizja? Okazuje się, że dla wielu wciąż tak.

Lucyfer i błazen

Szatański Adwokat w przedstawieniu Jarockiego też nie tyle broni Samuela, co go uwodzi. Opętuje wizjami, w których jego indywidualny los staje się kulminacją historii. Nabiera sensu jako ofiara. A zarazem staje się prefiguracją losów całego narodu, który musiał umrzeć i musi ciągle umierać, by w końcu zmartwychwstać i nauczyć świat, na czym polega prawdziwa wolność. Kto by się nie dał uwieść takiej pieśni?

Ale spokojnie. Od czego jest teatr? Od jakiegoś czasu częściej niż iluzji służy deziluzji.

Jerzy Jarocki - który był pierwszym i jest dotąd największym inscenizatorem Gombrowicza w polskim teatrze - na "formę polską" nabrać się nie mógł. I dlatego w "Sprawie" pokazuje Lucyfera-Adwokata tak, jak na to zasługuje. Nie "uchrystusawia" go, jak czynili to czasami dawniejsi reżyserzy, ale "teatralizuje" - pokazuje całą groteskowość jego zabiegów. Bo czy można wierzyć adwokatowi, którym jest Lucyfer? To gracz, iluzjonista, przekorny duch migoczący pomiędzy prawdą i zmyśleniem. Doskonały retor wyćwiczony w prawnych procedurach nieba i ziemi. To on tak naprawdę reżyseruje całe widowisko wszechświatowego sądu. Więc trudno bez podejrzeń przyglądać się temu, jak i w imię czego broni "sprawy" Samuela, a zarazem "formy polskiej".

Najważniejsze jednak, że na adwokackie sztuczki nie daje się nabrać sędzia wszechświatowego procesu - Chrystus, którego Lucyfer chętnie by podmienił na krzyżu. Jarocki jest bodaj ostatnim reżyserem, który może pokazać go na scenie bez ironicznego nawiasu, jak wyjętego z obrazka nad łóżkiem mojej babki. Ten Chrystus z frasobliwą miną wygłasza wyrok. Muszę go przytoczyć dosłownie, choć brzmi on nieco zagmatwanie:

Jeśli z żurawi - z duchów - z gwiazd przeciągu

Nic nie wzięliście - to z nieszczęśliwych,

Mówią, niech trupy same siebie sądzą,

Nie jestem Bogiem zmarłych - ale żywych.

Teraz interpretacja: Chrystus odrzuca "sprawę" Jana i Samuela, nie chce wydawać w wyroku. Choć wpisany jest w nią mesjanistyczny scenariusz, a może właśnie dlatego, Chrystus mówi: to nie jest moja sprawa. Więc czyja? Jeśli nie boska, to...

Wyrok nie powinien zostać dopowiedziany. Lepiej niech wisi na trzech kropkach. Teatr Jarockiego nie zasługuje, żeby traktować go jak publicystyczny komentarz do sporów z historią - tą najnowszą i tą wiekową. Bo jego "Sprawa" to przede wszystkim rozszerzenie pola dyskusji, może nawet pola walki o to, jaką historię Polacy będą opowiadać sami o sobie. I ostrzeżenie, by nasze spory nie były sporami trupów obrzucających się martwymi argumentami w przedawnionym procesie.


"Diablospolita"
Paweł Goźliński
Gazeta Wyborcza nr 236 online

 

 

O "Sprawie" w reż. Jerzego Jarockiego pisze Szymon Spichalski - recenzja

,,Po wiekach męki…”

Gdyby od ilości różnic w opiniach na temat najnowszego spektaklu Jarockiego uzależnić skalę wyjątkowości – byłby to jeden z najlepszych spektakli roku. Byłby? Można śmiało stwierdzić, że to nie tylko najwybitniejsze przedstawienie reżysera od czasu ,,Ślubu”, ale jednocześnie jedno z najważniejszych wydarzeń ostatnich 20 lat.


Tegoroczne premiery Jarockiego i Lupy zostały skwitowane – najczęściej – relacjami negatywnymi. I ,,Sprawie”, i ,,Poczekalni” zarzucono odejście artystów od ich dotychczasowej drogi, naruszeniu pewnego…  Ładu? Zadowolenie powinien budzić fakt, że obaj poszukują. Nie da się jednak ukryć, że naruszyli pewien porządek. Samych siebie zbili z pantałyku, wprawiając w konsternację panteon krytyków. Ten policzek dla teatralnego życia w Polsce jest orzeźwiający. O ile Lupa poszedł w eksperyment, o tyle Jarocki stworzył spektakl, który jest bezpardonowym odwrotem od wypracowanych narracji, a jednocześnie hołdem dla polskiego ducha.

            Od zawsze ironiczny wobec polskiego romantyzmu twórca ,,Kasi z Heilbronnu” zmienił front. Bzdurą są narzekania pseudoliberalnego środowiska na ,,sprzedanie się” Jarockiego, rzekomą pro-PiSowskość. ,,Sprawa” nie jest charakterystycznym dla tego politycznego środowiska demagogicznym bełkotem, ale świadomą, dojrzałą realizacją. Wychodzi naprzeciw sztucznemu, agresywnemu językowi Rymkiewicza i odradzającemu się ruchowi kościelno-nacjonalistycznemu, ale jednocześnie przedrzeźnia nurt neointeligenckiej elity, uważającej Smoleńsk jedynie za powód dla manifestacji ,,hołoty pod krzyżem” i traktującej go jako epizod z ,,Faktów” na TVN-ie. Problem w tym, że spora część warszawskiej oświeceniowej arystokracji w 1830 wybuch powstania listopadowego uważała za szczeniacką awanturę grupy rebeliantów.

            Nie można zamieść pod dywan wydarzeń 10 kwietnia – zbyt silne towarzyszą temu emocje. Jarocki doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Nie opowiadając się jednoznacznie po żadnej ze stron odkrywa największą siłę Słowackiego – potęgę słowa.

            Wielką zaletą ,,Sprawy” jest jej wielopłaszczyznowość. Reżyser pociął tekst na kawałki, poprzestawiał sceny, dołożył dialogi z innych dramatów wieszcza, przemówień, itd. Ryzykowny zabieg na arcytrudnym ,,Samuelu Zborowskim” zakończył się pełnym sukcesem. Nieukończony utwór oponenta Mickiewicza potrzebował dopełnienia, co czuł chyba każdy czytelnik genezyjskiego poematu. Tragedia smoleńska jest tutaj zaledwie punktem wyjścia. Jarocki chwyta uniwersum poety i z pełnym pietyzmem dookreśla kosmos dramatu. Trzy akty stanowią trzy punkty drogi przez – jak się okazuje – jedno z najpełniejszych wyrażeń polskości w historii polskiego teatru.

            Część pierwsza to zapis majaczeń Eoliona (znakomita w tej roli Dominika Kluźniak). Syn księcia Poloniusza to chorowity chłopak, stylizowany na Słowackiego. Jak poeta niski, szczupły, androgyniczny, i pełen metafizycznych wątpliwości. W jego dotykaniu wielkości pojawia się nagle potrzeba zejścia do żywego człowieka – żywego ducha (oto dlaczego poeta jest porównywany do Gombrowicza). Spotyka córkę rybaka – chęć odwzajemnienia kontaktu z śmiałą dziewczyną ma swój koniec w arogancji i pysze. Nie do końca wiadomo, czy to sen, czy wejście w inny świat. Komnaty pałacu księcia nie ochronią przed śmiercią Eoliona, który w niedopełnieniu i bólu nie osiąga równowagi, co wyraźnie zaznacza pogarszający się stan bohatera. Rola Kluźniak jest wyważona, pięknie prowadzi swoją postać jako neurotycznego młodzieńca, którego wielkość wyobraźni bezskutecznie szuka domknięcia w realnej przestrzeni.

            Akt drugi to wielkie otwarcie Mariusza Bonaszewskiego (Lucyfer). Ta rola przez wielu uważana jest za jedyny pozytyw spektaklu Jarockiego. A jednak aktor nie zagarnia swoim partnerom miejsca w przedstawieniu. Choć przoduje (postawienie go jako protagonisty z pewnością było zamierzeniem Jarockiego – nieprzypadkowo widnieje na afiszu), i to w wielkim stylu, jego postać nie może obyć się bez jakiegokolwiek z innych bohaterów. Zjawia się już w pierwszym akcie, gdzie upokarza kościelne formy duchowości, uzależnione od pustych formułek. Po przerwie wkracza z pełną gracją w wybitną wirtuozerię. Scena z Oceanidami jest kpiną z postmodernistycznych interpretacji kanonu. Kiczowatą orgię do muzyki Behemotha przystawia Jarocki do lęku Lucyfera. Czy szatan może odczuwać strach? Uhumanoidalnienie demona pokazuje jego chęć dotknięcia człowieczeństwa. W ,,Elisabeth Costello” Coetzee’ego jeden z wykładów poświęcony jest zazdrości bogów o skończoność ludzkiego istnienia. Świadomość końca intensyfikuje emocje, siłę przeżywania tego, co będzie miało kres. Nieśmiertelność wtrąca w powtarzalność, nudę – diabeł chce tego, czym żył Eolion – wielkości ducha w obliczu rychłej śmierci.

Słowacki, całkowicie oddany idei genezyjskiej, według Jarockiego samego siebie umieścił w dramacie. Pojawia się projekcja z pogrzebu poety na Wawelu. Przemówienia biskupa Sapiehy o ,,ostatnim w tym miejscu pogrzebie” i Piłsudskiego o wieszczu na to zasługującym, ,,bo królom był równy”. Lucyfer z rozpaczą neguje głos z offu, powtarzając ,,BY królom był równy”. Diabeł, twór wyobraźni Słowackiego w ,,Samuelu…”, zazdrości swemu twórcy, chce dotknąć tej ziemskiej, nie metafizycznej wielkości.

Zmiana planu. Na scenie po raz pierwszy skłócone duchy Kanclerza Zamojskiego i Samuela Zborowskiego (Jerzy Radziwiłowicz i Waldemar Kownacki). Od ich zagorzałego konfliktu odwracają głowy zebrani przed ołtarzem. Padają słowa z ,,Dziadów” Słowackiego - modlitwa jest ważniejsza niż zabranie głosu w palącej sprawie. Ich uwagę próbuje odwrócić Nawiedzona Kobieta – Biskup każe ją zbagatelizować. Ten ruch mści się okrutnie – ołtarz zostaje zniszczony, żadne formuły nie powstrzymają Historii. Ostatni akt ,,Sprawy” to proces, w czasie którego Lucyfer staje za Zborowskim, Ja za Kanclerzem – choć tak naprawdę strony są z jednego źródła, uniwersum, wspólnego wszechświata. Jarocki dopisuje finał, każąc sędziemu Chrystusowi wypowiedzieć słowa: ,,nie jestem Bogiem zmarłych – lecz żywych”. Bynajmniej nie oznacza to prostego spojrzenia w przyszłość, bo bagaż przeszłości jest zbyt ciężki. Chodzi o to, co bezustannie buzuje, zachwyca i bulwersuje – jak właśnie Jezus, który zarówno wskrzeszał umarłych i głosił powszechną równość, ale potrafił też wyrzucić kupców ze świątyni i jawnie potępiać.

,,Sprawa” jest spektaklem o romantyzmie. Błędna teza o ,,końcu paradygmatu romantycznego” po 1989 (sama Maria Janion się z niej na szczęście wycofała) została ostatecznie skompromitowana po wydarzeniach na Krakowskim Przedmieściu. Wybitność spektaklu Jarockiego polega na uwierzeniu w słowo (na słowo?) Słowackiemu. Przedstawienie idealnie chwyta język poety – jednocześnie patetyczny (monologi zwątpienia Lucyfera, lament Poloniusza) i ironiczny, złośliwy (satyra). Już w ,,Kordianie” można mieć do czynienia z takim dualizmem. I tu, i tam diabeł wpływa na historię. Genezyjskość nie ma tu nic do rzeczy. Jest ona zresztą względna. Jeśli Słowacki w swoim systemie filozoficznym uważał, że przelana krew buduje nowy świat, to czy nie przyznawał jednak racji Kanclerzowi? Wszak to on ściął Zborowskiego. Logika rozwoju została zachowana. Nie dziwota więc, że dla wielu tak powszechna, spłycona percepcja zaburza odbiór spektaklu. Bo oto w ,,Samuelu…”/,,Sprawie” / świat metafizyczny tak przejmująco dotyka ten realny. Huk rozbitego rozbitego (samolotu), jaki pobrzmiewa przez pryzmat metafory ,,czerwonej chmury” Słowackiego.

W dotychczasowych recenzjach (przeważnie negatywnych) bardzo często pojawiają się słowa ,,drażni”, ,,irytuje”. Oczywiście – tak ma być. Problem pojawiłby się, gdyby wszyscy zgodnie okrzyknęli spektakl ,,kolejnym wybitnym dziełem wielkiego reżysera”. Wielość dyskusji świadczy o błędnym akademizowaniu Słowackiego. Dopóki będzie się zawłaszczać język twórcy ,,Lilli Wenedy” czy Mickiewicza do dyskursu uniwersyteckiego, dopóty nie trafi on do właściwych odbiorców – by ,,zjadaczy chleba w aniołów przemienić”.

Jarocki jako jedyny twórca od wielu lat stawia poważne pytania o definicję polskości. Nie jak Klata dystansując się od podejmowanego tematu, lub ironizując go całkowicie. Każdy z trzech aktów jest odmienny (pierwszy - klasyczny, drugi – postmodernistyczny, trzeci – lawirujący między dwoma poprzednimi). Tak jak bezustannie zdaje się szargać polska dusza – mówi Jarocki. Nie stając jasno po żadnej stronie, inscenizuje narodową wolność i dumę, nie anarchię. Polak to zarówno idealistyczny, niebiański Eolion, jak nieśmiertelny, choć przyziemny Lucyfer. Szukanie tej narracji ,,jedności w wielości” pokazuje perspektywę odbudowania narodowej tożsamości. Tego właśnie trzeba w dobie teatru zajmującego się coraz częściej samym sobą.

Szymon Spichalski

 


Sprawa, na podstawie Samuela Zborowskiego Juliusza Słowackiego
Scenariusz, opracowanie tekstu i reżyseria: Jerzy Jarocki
Scenografia: Andrzej Witkowski
Reżyseria światła: Mirosław Poznański
Muzyka: Stanisław Radwan

Teatr Narodowy w Warszawie

 

Ważna i poważna sprawa Jarockiego - recenzja

 

Juliusz Słowacki w liście do matki z 1843 roku stwierdził, że Chrystusowi deklamowałby spokojnie jedynie "Księdza Marka", "Sen srebrny Salomei" i swój przekład "Księcia niezłomnego" Calderona. Przed Bogiem nie powstydziłby się też chyba napisanego rok lub dwa lata później "Samuela Zborowskiego".


Jerzy Jarocki, który dotąd zajmował się przeważnie dorobkiem kontestatorów rodzimej rzeczywistości, postanowił zmierzyć się z dziełem tajemniczym i niedocenionym, w którym duchy podróżują przez ciała i epoki, a Polski broni sam Lucyfer. Z niecodziennym wyzwaniem ("Samuel Zborowski" był wystawiany dotąd jedynie dwanaście razy) poradził sobie znakomicie.
Na pochwałę zasługuje fakt, że wbrew niektórym obowiązującym obecnie modom, w spektaklu Jarockiego widać szacunek dla utworu, który posłużył za kanwę scenariusza, próbę jego głębokiego zrozumienia (każdy, kto czytał lub próbował czytać genezyjskiego Słowackiego wie, jak trudne to przedsięwzięcie). Spektakl nie jest jednak jedynie dosłownym odczytaniem dramatu poety z Krzemieńca. Między pierwszą i ostatnią częścią migocze środkowa: postmodernistyczne z ducha intermedium.




W drugim akcie Lucyfer wije się w takt piosenki wykonywanej przez Nergala, ogląda nagranie pogrzebu Słowackiego wyświetlane na ścianach sceny. Wśród postaci "Samuela Zborowskiego" nieoczekiwanie pojawia się kobieta z "Dziadów" Słowackiego, jego genezyjskiej odpowiedzi na arcydramat Mickiewicza. Nie brakuje również odniesień do katastrofy smoleńskiej, zabraknąć ich bowiem nie mogło: aluzje do kwietnia 2010 powoli urastają do rangi punktu obowiązkowego inscenizacji każdego dzieła romantycznego (jak tak dalej pójdzie, niedługo będziemy mówić o teatrze posmoleńskim).
Dobrym pomysłem było zaangażowanie do roli Heliona/Eoliona/Słowackiego/Ja, ucharakteryzowanej na młodocianego dandysa, Dominiki Kluźniak. Taki wybór zaowocował wskazaniem na interesujący kontrast między siłą wiodącego ducha Heliona a eterycznością jego ziemskiej powłoki. Świetny jest także Mariusz Bonaszewski w kolejnej (po ojcu Franciszku z filmu "W imieniu diabła" Barbary Sass) demonicznej roli, ciekawa - Milena Suszyńska, jako rozmarzona, flegmatyczna Córka Rybaka.
Adaptacja "Samuela Zborowskiego" w Narodowym to sprawa ważna i poważna, zwłaszcza na tle popularnych ostatnio przedstawień, w których teksty Słowackiego, Mickiewicza czy Krasińskiego traktuje się głównie jako pretekst do wykpienia współczesnych oddźwięków romantycznego paradygmatu. Jarocki nie spycha na margines narodowej wymowy dramatu, przeciwnie - aktualizuje ją, jednak zamiast lansować określone poglądy, prowokuje do pytań o polskość, tradycję i wolność.


Katarzyna Kaczmarek - Teatralia Warszawa - 1 października 2011


Teatr Narodowy (Warszawa) "Sprawa"

wg "Samuela Zborowskiego" Juliusza Słowackiego

scenariusz, opracowanie tekstu i reżyseria: Jerzy Jarocki 
scenografia: Andrzej Witkowski

reżyseria światła: Mirosław Poznański

muzyka: Stanisław Radwan

choreografia: Jarosław Staniek

asystentka reżysera: Anna Turowiec

staż asystencki: Tomasz Szczepanek

asystentki scenografa: Elwira Szyszka, Anita Trzaskowska

projekcje wideo: Barbara Sieroslawski

Doktor/Lucyfer/Bukary - Mariusz Bonaszewski

Książę/Kanclerz Jan Zamoyski - Jerzy Radziwiłowicz

Eolion/Helion/Ja - Dominika Kluźniak
Córka Rybaka/Heliana - Milena Suszyńska (gościnnie)

Oceanidy: - Ewa Konstancja Bułhak

- Kinga Ilgner

- Anna Gryszkówna

- Anna Ułas 
Kobieta nawiedzona - Anna Gryszkówna

Biskup/Ksiądz - Jacek Mikołajczak

Archanioł - Mateusz Rusin

Chrystus - Kamil Przystał (gościnnie AT)

Amfitryta - Ewa Decówna (gościnnie)

Mędrzec /Pluton - Jacek Różański

Teolog - Jerzy Łapiński
Logik/Woźny I - Karol Pocheć

Samuel - Waldemar Kownacki
Doktor/Woźny II - Adrian Wiśniewski (gościnnie)

Walkiria I - Ewa Konstancja Bułhak
Walkiria II - Anna Ułas
Sprawozdawca (off) - Jan Englert

premiera: 17 września 2011 r.

 

 

powrót
do góry do góry | E-mail: jaroslawstaniek@jaroslawstaniek.pl

Wszelkie materiały na stronie pochodzą ze zbiorów prywatnych
i nie mogą być wykorzystywane komercyjnie. Kopiowanie
i rozpowszechnianie bez zgody autora zabronione.